✧
Ten tekst kończy opowieść o mojej drodze.
Po wszystkim, co tutaj opisałam, chcę powiedzieć jeszcze o czymś, co długo pozostawało ukryte pomiędzy słowami.
O lęku przed pokazaniem siebie.
Nie przed samym pisaniem. Pisać można przecież w ciszy, tylko dla siebie. Można tworzyć, poprawiać i przechowywać kolejne teksty tam, gdzie nikt ich nie przeczyta.
Trudność zaczyna się wtedy, gdy trzeba nacisnąć „opublikuj”.
Wtedy coś, co dotąd należało wyłącznie do mnie, staje się widoczne również dla innych ludzi. Ktoś może to przeczytać, zrozumieć po swojemu, ocenić, skrytykować albo odrzucić.
I właśnie wtedy pojawiają się pytania:
„Kim ja jestem, żeby o tym pisać?”
„A jeśli to nikogo nie zainteresuje?”
„A jeśli ktoś mnie źle zrozumie?”
„A jeśli opowiem za dużo?”
„A jeśli pokażę prawdziwą siebie i komuś się ona nie spodoba?”
Za tymi wszystkimi pytaniami ukrywa się jedno:
„Czy jeśli naprawdę pozwolę się zobaczyć, nadal będę akceptowana?”
Nie bałam się tworzyć. Bałam się pokazać efekt
Tworzenie zawsze było częścią mojego świata.
Pasje, pomysły i marzenia pomagały mi przechodzić przez trudne chwile. Pozwalały zachować przestrzeń, która należała tylko do mnie – nawet wtedy, gdy codzienność wymagała, abym zajmowała się przede wszystkim potrzebami innych ludzi.
W wyobraźni mogłam być wolna.
Mogłam tworzyć swoje miejsca, historie i przyszłość. Nikt ich nie oceniał, dopóki pozostawały schowane.
Zauważyłam jednak, że im bliżej byłam ukończenia czegoś ważnego, tym częściej pojawiał się opór.
Jeszcze coś poprawię.
Jeszcze nie jestem gotowa.
Jeszcze muszę więcej wiedzieć.
Jeszcze nie jest dostatecznie dobre.
Takie zdania mogą brzmieć rozsądnie. Czasami rzeczywiście warto coś dopracować albo zdobyć dodatkową wiedzę. U mnie bywały jednak również sposobem odsuwania chwili, w której miałam stać się widoczna.
Dopóki coś było „w trakcie”, nie mogło zostać ostatecznie ocenione.
Zakończenie pracy oznaczało konfrontację.
Nie tylko z opinią innych, lecz także z własnym pytaniem:
„Czy mam prawo zająć tutaj miejsce?”
Skąd wziął się ten lęk?
Nie sądzę, aby lęk przed oceną pojawił się we mnie bez powodu.
Przez wiele lat uczyłam się być silna, odpowiedzialna i samodzielna. Nauczyłam się radzić sobie, nie sprawiać kłopotów i nie obciążać innych tym, co czuję.
Łatwiej było się dopasować niż ryzykować konflikt.
Łatwiej było przemilczeć własną potrzebę niż zastanawiać się, czy nie wymagam zbyt wiele.
Łatwiej było wytłumaczyć drugiego człowieka niż powiedzieć głośno, że jego zachowanie mnie rani.
Z czasem można tak dobrze nauczyć się łagodzenia siebie, że przestaje się zauważać, jak często to robimy.
Nie chcemy być „za bardzo”.
Zbyt głośne.
Zbyt wymagające.
Zbyt emocjonalne.
Zbyt pewne własnego zdania.
Chcemy być widziane, ale tylko w takich granicach, które nikomu nie przeszkadzają.
Dzisiaj rozumiem, że u mnie był to sposób szukania bezpieczeństwa, akceptacji i przynależności. Kiedyś mógł pomagać mi unikać kolejnych zranień. Później jednak zaczął również odbierać mi własny głos.
To, co kiedyś było ochroną, z czasem stało się ograniczeniem.
Doświadczenie nie zawsze usuwa lęk
Można pomyśleć, że po tylu przeżyciach powinnam już niczego się nie bać.
Ale doświadczenie nie zawsze odbiera człowiekowi lęk.
Czasami sprawia, że jeszcze lepiej wiemy, jak bardzo może boleć odrzucenie, utrata bezpieczeństwa albo zawiedzione zaufanie.
Nie jestem odważna dlatego, że przestałam odczuwać strach.
Jestem odważna wtedy, gdy rozpoznaję jego głos, ale nie pozwalam mu podejmować wszystkich decyzji za mnie.
Nie chcę też mówić, że lęk został mi przypisany na zawsze. Nie jest moją naturą ani całą moją tożsamością.
Jest reakcją, której uczyłam się przez wiele lat.
A skoro można nauczyć się chowania siebie, można również stopniowo uczyć się wychodzenia z ukrycia.
Nie dzieje się to jedną decyzją.
Odbywa się za każdym razem, gdy robię coś ważnego mimo niepewności.
Perfekcja potrafi być bardzo eleganckim schronieniem
Perfekcjonizm łatwo pomylić z ambicją.
Mówimy sobie, że chcemy stworzyć coś naprawdę wartościowego. Poprawiamy zdania, zmieniamy szczegóły, szukamy kolejnych informacji.
Sama robię to często – również dlatego, że zależy mi na jakości i uczciwości tego, co przekazuję.
Istnieje jednak granica pomiędzy rzetelnym przygotowaniem a ciągłym odkładaniem momentu, w którym pokazujemy światu swoją pracę.
Perfekcja może być pancerzem.
Jeżeli jeszcze nie skończyłam, nikt nie może powiedzieć, że efekt nie jest wystarczająco dobry.
Jeżeli jeszcze się uczę, nie muszę zabierać głosu.
Jeżeli zaczekam na całkowitą pewność, być może uniknę pomyłki.
Tylko że całkowita pewność prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie.
Zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiem. Zdanie, które można napisać lepiej. Osoba, która zobaczy świat inaczej niż ja.
Dojrzałość nie polega na nieomylności.
Polega również na gotowości, aby powiedzieć:
„Na podstawie tego, co wiem i czego doświadczyłam, dzisiaj widzę to właśnie tak. Jeżeli dowiem się czegoś nowego, mogę zmienić zdanie”.
Miarą inteligencji jest przecież zdolność do zmiany.
Tłumaczenie się było moim sposobem łagodzenia świata
Przez wiele lat miałam potrzebę wyjaśniania swoich decyzji.
Chciałam, aby inni zrozumieli, dlaczego coś zrobiłam, czegoś nie zrobiłam, odmówiłam albo wybrałam inną drogę.
Jakby samo moje „tak” albo „nie” nie było wystarczające.
Jakbym potrzebowała zgody innych ludzi, żeby zaufać własnej decyzji.
Tłumaczenie się może wyrastać z potrzeby bycia dobrze zrozumianą. Może być też próbą zabezpieczenia się przed odrzuceniem:
„Jeżeli wszystko dokładnie wyjaśnię, może nikt nie pomyśli o mnie źle”.
Tyle że nie mamy wpływu na każdą cudzą interpretację.
Możemy mówić uczciwie, spokojnie i z szacunkiem, a mimo to ktoś zobaczy nasze słowa przez własne doświadczenia, przekonania i uprzedzenia.
Nie jestem w stanie napisać tekstu, który spodoba się wszystkim.
Nie mogę opowiedzieć swojej historii w taki sposób, aby każdy odczytał ją zgodnie z moją intencją.
Mogę natomiast pilnować, żeby nie zgubić własnego głosu podczas prób przewidywania wszystkich możliwych reakcji.
Autentyczność nie oznacza, że muszę powiedzieć wszystko
Pisanie o własnym życiu nie jest łatwe.
Szczerość nie oznacza jednak, że muszę odsłonić przed światem każdą ranę, opowiedzieć każdy szczegół albo wracać do wydarzeń, na których publiczne opisanie nie jestem gotowa.
Moja historia należy do mnie.
To ja decyduję, które jej fragmenty chcę wypowiedzieć, w jakim momencie i w jakiej formie.
Mogę być prawdziwa i jednocześnie zachować prywatność.
Mogę mówić o tym, czego się nauczyłam, bez ujawniania wszystkiego, co do tej nauki doprowadziło.
Mogę także powiedzieć:
„Ten fragment zachowuję dla siebie”.
Granice nie odbierają opowieści autentyczności. Sprawiają, że dzielę się nią świadomie, zamiast ponownie porzucać siebie po to, aby spełnić czyjeś oczekiwania.
Nie chcę już ani całkowicie się ukrywać, ani wystawiać własnej wrażliwości na pokaz.
Uczę się być widoczna bez rezygnowania z prawa do ochrony tego, co osobiste.
Dlaczego więc piszę?
Piszę, ponieważ nie chcę, aby wszystko, czego nauczyło mnie życie, pozostało zamknięte wyłącznie we mnie.
Nie po to przeszłam swoją drogę, żeby udawać, że nic się nie wydarzyło.
Nie piszę jednak z pozycji osoby, która zna odpowiedź na każde pytanie.
Nie chcę nikogo przekonywać, że moja droga jest jedyną właściwą.
Chcę dzielić się tym, co przeżyłam, czego się uczę i jak z biegiem lat zmienia się moje rozumienie zdrowia, emocji, relacji i odpowiedzialności za własne życie.
Łączę osobiste doświadczenie z wiedzą, którą zdobywam. Szukam pomiędzy medycyną akademicką, naturą, pracą z umysłem i codziennymi wyborami – bez stawiania jednej z tych perspektyw przeciwko wszystkim pozostałym.
Nie wszystko uleczysz naturą.
Ale nie wszystko naprawisz tabletką.
Piszę również dlatego, że gdzieś po drugiej stronie ekranu może być kobieta, która w mojej historii rozpozna fragment własnego życia.
Może od dawna czuje, że coś chciałaby zmienić, ale boi się wykonać pierwszy krok.
Może przez lata była silna dla wszystkich i dopiero teraz próbuje usłyszeć samą siebie.
Może ma pomysł, marzenie albo talent, którego nie pokazuje, ponieważ ciągle uważa, że nie jest jeszcze wystarczająco dobra.
Nie chcę mówić jej, jak ma żyć.
Chcę jedynie pokazać, że zmiana jest możliwa również wtedy, gdy nie rozpoczynamy jej jako osoby całkowicie pewne siebie.
Ogród Świadomości jest moim krokiem poza lęk
Ogród Świadomości nie powstał dlatego, że przestałam bać się oceny.
Powstał dlatego, że nie chciałam już czekać, aż ten lęk całkowicie zniknie.
Każdy opublikowany tekst jest dla mnie małym wyjściem z ukrycia.
Niektóre powstają łatwo. Inne długo dojrzewają, ponieważ dotykają tematów bardzo osobistych albo wymagają szczególnej odpowiedzialności.
Zdarza mi się poprawiać, wątpić i zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, pokazując jakiś fragment siebie.
Różnica polega na tym, że dzisiaj nie traktuję tych obaw jak znaku, że powinnam się wycofać.
Lęk może mi towarzyszyć.
Nie musi jednak wyznaczać kierunku.
Ten blog jest miejscem, w którym uczę się mówić własnym głosem – spokojnie, odpowiedzialnie, ale bez ciągłego pytania wszystkich dookoła, czy wolno mi być sobą.
Nie muszę czekać, aż stanę się nieustraszona
Być może nigdy nie nadejdzie dzień, w którym cudza opinia zupełnie przestanie mieć dla mnie znaczenie.
Jesteśmy ludźmi. Potrzebujemy relacji, akceptacji i poczucia, że gdzieś przynależymy.
Nie chodzi o to, aby stać się obojętną.
Chodzi o to, aby nie budować całego życia na próbie uniknięcia czyjegoś niezadowolenia.
Dzisiaj zadaję sobie inne pytanie.
Nie:
„Czy ktoś mnie odrzuci?”
Lecz:
„Czy z lęku przed odrzuceniem znowu odrzucę samą siebie?”
To właśnie tego nie chcę już robić.
Nie chcę czekać, aż będę całkowicie gotowa, doskonała i odporna na każdą opinię.
Chcę mówić prawdziwie – nawet jeżeli czasami głos lekko mi zadrży.
Chcę nadal się uczyć, poprawiać błędy i zmieniać zdanie, kiedy pojawią się ku temu dobre powody.
Ale nie chcę już znikać.
Może Ty również stoisz blisko własnego progu
Może jest coś, co od dawna tworzysz, ale wciąż nie pozwalasz innym tego zobaczyć.
Może masz słowa, których nie wypowiadasz, ponieważ obawiasz się, że komuś się nie spodobają.
Może tak długo dopasowywałaś się do oczekiwań innych, że trudno Ci dzisiaj rozpoznać własny głos.
Nie musisz od razu robić wielkiego kroku.
Możesz zacząć od jednego zdania.
Jednej decyzji podjętej bez tłumaczenia się.
Jednego pokazanego projektu.
Jednego spokojnego „nie”.
Jednego „tak” wypowiedzianego temu, co naprawdę Twoje.
Autentyczność nie oznacza braku lęku.
Oznacza, że nie oddajemy mu prawa do decydowania o całym naszym życiu.
Ja także nadal się tego uczę.
I być może właśnie dlatego piszę.
Nie dlatego, że przestałam się bać.
Dlatego, że po tylu latach nie chcę już chować pod lękiem tego, co mam do przekazania.
